Jak Warszawa stała się miastem biegaczy? Historia miejskich biegów w stolicy

article-thumbnail

Początki wcale nie były łatwe. Po pierwsze, kiedyś osoby biegające amatorsko uważane były za… co najmniej dziwaków. Po drugie, początkowo w biegach ulicznych w Polsce przyznawano nagrody rzeczowe – stoły, kanapy czy… żywe świnie, a spróbujcie coś takiego wziąć do domu, nie mówiąc już o zagospodarowaniu. Mimo tego już wtedy startowało w nich tysiące ludzi.

*Trudne początki *

Pierwsze regularne biegi maratońskie w Polsce zaczęto organizować już blisko sto lat temu, ale mogli w nich startować wyłącznie zawodowi sportowcy, a nie amatorzy. I właściwie taka sytuacja trwała aż do lat 70., kiedy najpierw w USA, później na Zachodzie, a jeszcze później w Polsce pojawiło się pojęcie "jogging", a w ślad za nim moda na bieganie. W 1978 r. odbył się pierwszy masowy bieg dla amatorów w Wielkopolsce i zaczęto prowadzić odrębną klasyfikację dla sportowców zrzeszonych w klubach i dla amatorów. To wtedy właśnie pojawiły się pierwsze nagrody rzeczowe: np. żywa świnia, kanapa lub stół. Trochę później, w takim biegu można było wygrać kołdry, koce, śpiwory czy sprzęt AGD. Prawdziwym rarytasem był kolorowy telewizor. Mniej więcej w tym właśnie czasie pierwszy maraton zawitał do stolicy.

Plan był taki, że pierwszy tego typu bieg odbędzie się w 1978 r. Jego pomysłodawcą i wielkim orędownikiem był znany sportowiec i dziennikarz telewizyjny Tomasz Hopfer. Sam był biegaczem (m. in. Mistrzem Polski w sztafecie 4x400 metrów), a po zakończeniu kariery sportowej prowadził bardzo znany wówczas program "Bieg po zdrowie". Tak wspomina to jeden z współorganizatorów pierwszego maratonu, Józef Węgrzyn, wtedy również dziennikarz, pomysłodawca m. in. Teleexpressu, a obecnie znany producent telewizyjny.
- Byłem pewien, że to się uda, bo Tomek był bożyszczem klubów, szkół i idolem młodych, samodzielnych biegaczy. Wiedziałem, że tak wybitny i znany dziennikarz telewizyjny na pewno zacznie gromadzić tłumy na zawodach. Zaproponowałem mu, żeby to był Maraton Warszawski, wcześniej Maraton Pokoju. Napisałem Tomkowi 4 tys. listów do zakładów, szkół, klubów itp., żeby pomogli wystartować pierwszemu maratonowi.

Źródło: Shutterstock.com

Ostatecznie pierwszy bieg – pod nazwą Maraton Pokoju – odbył się rok później, dokładnie 30 września 1979 r. Na jego starcie, przy Stadionie Dziesięciolecia (który dopiero wiele lat później miał się stać największym bazarem w Europie, a potem obecnym PGE Narodowym), stanęło aż 2 tys. biegaczy.

Podczas biegu nie zabrakło zabawnych momentów. Jak wspomina w jednym z wywiadów Józef Węgrzyn, jego współorganizator, wśród zawodników rozeszła się wieść, że podczas biegu za darmo będą wyłącznie napoje, a dodające energii przekąski będą już sprzedawane, więc wielu biegaczy wystartowało z… woreczkami drobnych na szyi. Ostatecznie okazało się to nieprawdą i w punktach odżywczych na trasie zawodnicy mogli się posilać za darmo.

Co ciekawe, na zachowanym plakacie tego maratonu można wyczytać, że jednym z jego organizatorów było… Polskie Stowarzyszenie Jazzowe, z adnotacją, że "maratończykom będą towarzyszyły czołowe polskie zespoły jazzu tradycyjnego”. Takie wówczas były czasy, że sztuka szła w parze ze sportem, a ścigano się dla idei, a nie dla czegoś tak prozaicznego jak pieniądze. Dość wspomnieć, że najlepsi zawodnicy, a także kilku innych wyłonionych w drodze losowania, dostali w nagrodę obrazy najwybitniejszych ówczesnych twórców.
- Na wzór innych maratonów, ja wprowadziłem drogie nagrody artystyczne najwybitniejszych twórców: Kantora, Hasiora, Beksińskiego, Starowieyskiego, Dudy-Gracza, Szumowskiego, Chodorowskiego i innych. Zwycięzcy na początku nie chcieli rzeźb i obrazów. Mówili: "Może znajdzie się jakiś neseser, albo jakieś buty do biegania…". Zapytałem wtedy zwycięzcę, czy wie, że za dzieło Kantora, Hasiora albo Starowiejskiego może mieć samochód – wspomina Józef Węgrzyn.

Trasa maratonu nie biegła wówczas przez centrum miasta, co – według niektórych przekazów – cieszyło wielu zawodników, którzy… nie chcieli być widziani w stawce wyścigu. Jak wspomnieliśmy, bieganie amatorskie było wówczas może niekoniecznie podejrzane, ale jednak dość dziwne.

Źródło: Shutterstock.com

Zakończenie biegu również było anegdotyczne, gdyż okazało się, że maraton wcale nie był maratonem, ponieważ źle wymierzono trasę! Jak wiadomo, jej długość musi liczyć dokładnie 42,195 km, a w pierwszym takim biegu w Warszawie zabrakło może kilkuset metrów, a może nawet ponad 1,5 km. W tym szczególe źródła się różnią. Tak czy owak, impreza odniosła olbrzymi sukces, a na mecie zameldowało się ponad 1800 zawodników, co czyniło z warszawskiego maratonu drugi w Europie pod względem frekwencji (za Paryżem).

Sukces frekwencyjny był powtarzany w kolejnych latach, kiedy do mety docierało ponad 2 tys. zawodników i zawodniczek. Dla porównania, w tym samym okresie, w maratonie w Berlinie na mecie zameldowało się nieco ponad 300 osób. Jednak, pomimo tych niekwestionowanych sukcesów, maraton powoli zaczął więdnąć i tracić na popularności. Po części na pewno na skutek wprowadzenia stanu wojennego, ale olbrzymim i decydującym ciosem była śmierć w 1982 r. wielkiego popularyzatora tego biegu, Tomasza Hopfnera. Warto dodać, że od następnego roku zaczęto organizować na Ursynowie memoriał jego imienia, ale już nie w wymiarze maratonu. Odbywa się on do dziś.

Najpierw niełatwo, ale później happy end

Kolejne edycje maratonu odbywały się jednak nadal, choć już z mniejszym rozmachem niż te pierwsze. W bardziej profesjonalny sposób zorganizowano jubileuszową edycję maratonu, gdy sponsorem imprezy została firma Seiko, która uzyskała też wówczas oficjalną licencję na pomiar czasu. Po raz pierwszy nagrodą był samochód osobowy – popularny "maluch”.

W międzyczasie na warszawskiej mapie biegowej pojawiła się kolejna impreza, która organizowana jest do dziś. Co roku, 11 listopada o godz. 11:00, rozpoczyna się Bieg Niepodległości, który również gromadzi wielotysięczną rzeszę zawodników. Podczas pierwszej edycji trasa liczyła 11 km, a następnie została skrócona do 10 km i tyle też ma obecnie.

Wracając jednak do Maratonu Pokoju – jego frekwencja malała z roku na rok i w 1991 r. po raz pierwszy zgromadził on mniej niż tysiąc zawodników, a 2 lata później było ich najmniej w historii – tylko nieco ponad pięciuset. W tym okresie zrezygnowano też z nazwy Maraton Pokoju i pojawiło się określenie Maraton Warszawski. W 1994 r. tytularnym sponsorem maratonu został Fiat, a liczba uczestników odbiła się od dna, ale tylko nieznacznie. Doszło do tego, że w 2002 r. maraton odbył się tylko dzięki grupie zapaleńców (tzw. bieg partyzancki), gdyż formalnie groziło mu odwołanie.

Ale już rok później nastąpił przełom, gdyż organizację Maratonu Warszawskiego przejęła fundacja o takiej właśnie nazwie impreza ponownie zaczęła gromadzić większą liczbę biegaczy. Rekord padł w 2013 r., kiedy maraton ukończyło ponad 8,5 tys. biegaczy.

ORLEN Warsaw Marathon też bije rekordy

O ile Maraton Warszawski odbywa się zwykle w ostatnią niedzielę września, tak od 2013 r. każdej wiosny zawodnicy stają na starcie kolejnego wielkiego biegu, pod nazwą ORLEN Warsaw Marathon. W pięciu kolejnych edycjach wydarzenia, które na stałe wpisało się w biegowy kalendarz stolicy, udział wzięło przeszło 160 tys. biegaczy! Od początku w ramach tej imprezy, pod patronatem Polskiego Związku Lekkiej Atletyki, rozgrywane są Mistrzostwa Polski w Maratonie Mężczyzn. Bieg ten ma również certyfikat (odznakę) IAAF Road Race Silver Label (IAAF to Międzynarodowa Federacja Lekkoatletyczna). Jest to swoisty znak jakości przyznawany biegom ulicznym na dystansie 10 km, półmaratonom i maratonom, który oznacza, że impreza spełnia najbardziej rygorystyczne normy w zakresie organizacji i poziomu sportowego. Odznaki brązowe, srebrne i złote różnią się wyłącznie liczbą zawodników ze światowej czołówki, którzy biorą w nim udział.

Oprócz biegu maratońskiego, w ramach tego Narodowego Święta Biegania, rozgrywany jest również bieg OSHEE 10 km.

Poleć ten artykuł znajomym

Wyłącz Adblocka, aby w pełni cieszyć się zawartością tej strony.